CT1 - Ratunku

Opublikowano w 8 marca 2026 14:39

Diagnoza, strach, stres, rozpacz - każdy to przeszedł w tej lub innej kolejności, z mniejszym lub większym natężeniem. Każdy pomyślał że świat się skończył - w pewnym sensie to prawda.

Nasza historia zaczęła się 30.01.2025. Wracaliśmy z nart we Włoszech, w podróży powrotnej nasz syn wołał „siku” co 2h pomimo tego, że nie pił zbyt wiele w trakcie drogi. Zmęczenie długą podróżą i te jego ciągłe zatrzymywania powodowały, że nikomu nie przeszło przez myśl – coś jest nie tak, choroba ? Może to coś poważnego ?

Raczej padały epitety i narastało napięcie że zamiast 12h do domu będziemy jechać 16h…

Ale cofnijmy się kilka tygodni a może nawet miesięcy?

Jest sierpień 2024, półkolonia w trakcie trwania wakacji, po jednym dniu syn wraca do domu i ma objawy ostrego zatrucia bakterią pokarmową, diagnoza – zatrucie Campylobacter. Więcej strachu niż faktycznego leczenia, przebieg jest dosyć krwawy – natomiast działa na to popularny lek Nifuroksazyd albo antybiotyk. Udaje nam się zapanować nad tym dosyć szybko.

Listopad 2024, zaczynają się częste moczenia nocne, wiek – skończone 8 lat, zaczęła się 2 klasa szkoły podstawowej, wzorowy uczeń, zero stresu – skąd to sikanie po nogach ? Wyrośnie – tak twierdzą babcie i wszyscy inni którzy pukają się w czoło żeby biegać z czymś takim do lekarza.

Pocimy się więcej niż zazwyczaj i pot ma dziwny zapach, ale w sumie jak pójść do pediatry z potem ? Najwyraźniej coś zjadł, albo go przegrzewasz – to też przecież się zdarza.

Przykleiłam się rano w toalecie do podłogi, wtedy nie wiedziałam czemu – teraz wiem, że jego mocz miał taką ilość cukru, że mógł spokojnie robić za klej do tapet.

Fast- forward, wracamy do opowieści z podróży powrotnej z Włoch która była raptem 5 miesięcy po zatruciu bakterią. Dlaczego czepiam się tej bakterii ? Bo z perspektywy czasu widzę to jako punkt zwrotny, w rodzinie nie mamy nikogo chorującego na CT1, z wyników badań krwi nadal nie wychodzi nam podłoże autoimmunologiczne, to dlaczego my ? Cały czas zadaje sobie to pytanie, nie sądzę, że ktoś mi na nie kiedykolwiek odpowie.

No więc wróciliśmy do domu, mieliśmy mieć jeszcze tydzień ferii. Mikołaj (nasz cukierek) położył się po kąpieli na kanapie i podniósł niechcący koszulkę do góry, wtedy zobaczyłam wszystkie żebra, zamarłam. Wyglądał jak wygłodzony. Na drugi dzień umówiliśmy się rano na badania okresowe, nasza pediatra jak tylko zobaczyła jak wygląda i posłuchała to i owo zleciła w sumie głownie glukozę i mocz.

O 18 odebrałam telefon z diagnostyki że na czczo dziecko miało cukier 500 i że to cud że jest przytomny, zdążyłam mu podać już kolację w domu zanim dotarliśmy na SOR, w szpitalu cukier już był ponad 700, a on spokojnie puzzle w poczekalni układał. Do teraz jak myślę o konsekwencjach i wiedząc co mogło się zdarzyć, mam wrażenie że jednak jakaś opatrzność istnieje nad tymi Cukierkami. Nasz dzień to czwartek 30.01.2025. od tego dnia wszystko wygląda inaczej. A jak było u Was? Podzielcie się swoją historią w komentarzu.